piątek, 09 września 2005
Zanim rozpadalo sie na dobre, a Churchstreet splynela smieciem i szczyna, zastanawialem sie, czy to, ze modni mezczyzni nosza w tym sezonie eleganckie gumofilce, jest jakas makabryczna forpoczta apokalipsy, czy tez moje obawy jednak sa przedwczesne. Chociaz moze siedzialem wtedy nad filizanka mocnego espresso zupelnie gdzie indziej?
wtorek, 06 września 2005
Gdybym wiedzial, na co sie porywam, zostawiajac moje cale dotychczasowe zycie za zakretem, zapewne osiwialbym z przerazenia albo upilbym sie z rozpaczy. Gdybym wiedzial tez, ze jakis czas pozniej nieopatrznie wejde w psie gowno, rozparte dumnie na chodniku, i ze to pozornie pozbawione znaczenia zdarzenie przyniesie mi nieoczekiwane szczescie, usmiechnalbym sie bezczelnie do lustra i wysyczal pod nosem: widzisz, glupku, jak zwykle nie ma tego zlego.
środa, 17 sierpnia 2005
Tuż przed wyjazdem w kolejną podróż, złożyłem podanie. Nie
omieszkałem załączyć aneksu z czytelnym podpisem, odpisu aktu, kopii
dyplomów, dwóch zaświadczeń
wtorek, 16 sierpnia 2005
Wpis dedykowany mojej wspaniałej, wielkiej miłości ! (i wcale nie chodzi o Berlin ani o Porucznika Borewicza!)
... i żyli długo i szczęśliwie! Spośród wszystkich dolegliwości, jakie trapiły ojca w
niedziele i święta, w dni powszednie bowiem widywaliśmy go rzadko i tylko
popołudniami, podczas których najczęściej spał lub wybywał gdzieś, uwalniając
nas jednocześnie od swojej uciążliwej obecności, i, co się z nią nierozerwalnie
wiązało, przymusu obsesyjnych porządków, mycia przykurzonych futryn i
wybierania okruchów ze szczelin pomiędzy kuchennymi meblami a wiecznie klejącym
się linoleum, spośród wrzodów, korzonków i grzybic najbardziej fascynowało mnie
lumbago. Nie, nie życzyłem mu źle, sam wprawdzie rzadko doświadczałem
rzeczywistych boleści, a na te, które sobie skutecznie uroiłem, nie pomagały
niestety żadne specyfiki, ba, nawet wietnamska maść z kota zdawała się być
pospolitą mazią o zapachu kamfory, żałosnym placebo, udającym panaceum na
wszystko, ale lumbago, lumbago to było dla mnie coś! Na sam dźwięk tego słowa
stawał mi przed oczami obraz dalekiej egzotycznej wyspy, z palmą po środku i
obowiązkowym kokosem, z impetem roztrzaskującym się na skale. Nie miałem
oczywiście najmniejszego pojęcia, jak powinna wyglądać egzotyczna wyspa, a
nieszczęsnym kokosem często posługiwali się o wiele później domorśli
specjaliści od uszczęśliwiania mnie rzeczami, które wcale nie były mi
potrzebne, możliwe nawet, że właśnie wtedy dorobiłem Lumbago tandetną, kokosową
gębę! Tak czy owak telewizja dość często pokazywała filmy o treściach morskich,
nasz czarno-biały neptun nie rozpieszczał nas jednak i zanim obraz zniknął na
amen, a my zrozpaczeni waliliśmy pięścią w drewnianą obudowę, zawsze do akcji
szczęśliwie wkraczał jednoręki, jednooki pirat albo stary kapitan,
rozpłatujący, koniecznie hakiem! wszystko, co przez przypadek stanęło mu na
drodze, galerników, tubylców czy też dla odmiany tłuste maoryski. Na próżno szukać
by ich wszystkich na dalekim Lumbago,
poniedziałek, 15 sierpnia 2005
Jeszcze zanim ogłoszono koniec historii, by jakiś
czas potem jednak tę cholerną niedorzeczność odszczekać, jednakże na długo
przed zamorską wyprawą, na jaką poważyłem się, gdy kolejne lato okazało się
trwać tylko miesiąc, a szara godzina zaczęła podstępnie zapadać już wczesnym
popołudniem, tak, że z biegiem czasu nabrałem podejrzeń, iż kiedyś rozpocznie
się o świcie i nigdy się nie skończy, a ja oślepnę, będę skazany na wieczne
potępienie albo zejdę śmiertelnie, kupując miłość w kolejnej zasikanej bramie,
na długo przed tym wszystkim ojciec intensywnie myślał o nabyciu auta. Myślał,
czytając w sraczu Kobietę i Życie, jadąc bladym świtem do fabryki i
gapiąc się mętnym wzrokiem w telewizyjny dziennik. Gdybyśmy więc wówczas, za sprawą
kolejnego zabawnego zrządzenia losu, weszli w posiadanie dużego fiata, syreny
lub choćby trabanta, który potem zostałby zredukowany do kawałka plastiku o
kształcie najzwyklejszej cegły, gdyby przypadkiem istniał cel, mityczny
znikający punkt na horyzoncie, arkadia, do której moglibyśmy się wspólnie
wybrać i, uwiedzieni nagłym impulsem, przerwać zaklęty krąg snu, przeżuwania i
szczania, gdybyśmy nawet przez nieuwagę zgubili drogę albo topniejąca asfaltówka
nagle przeistoczyłaby się w polny trakt, wesoło upstrzony krowim łajnem, i tak
milczałbym, próbując raz po raz zmiażdżyć gza, który, całkiem nieświadomy
rychłego i banalnego końca, dziko tańczyłby na przedniej szybie, podczas gdy
ojciec szczerzyłby się do lusterka, z dumą demonstrując samemu sobie
czerniejące powoli, plastikowe zęby.
piątek, 12 sierpnia 2005
Czasami jednak język buntuje się przeciwko prawitemu właścicielowi, staje ością w gardle, nadyma się i puchnie, a słowa rozpadają się w ustach, jak zmurszałe grzyby; gdybym zechciał pewne rzeczy i zdarzenia z mozołem ponownie wydobyć, powtórnie poukładać w pokraczną całość, muszę je najpierw skutecznie zapomnieć, zapominam więc, sukcesywnie i z determinacją, która nawet mnie samego zdumiewa; zapominam rano i wieczorem, na czczo i trzy razy dziennie przed posiłkami; w razie potrzeby czynność powtarzam; przed użyciem wstrząsam.
czwartek, 11 sierpnia 2005
środa, 10 sierpnia 2005
Odtwórczy Kolektyw przedstawia:
Formularz E-111. Dramat w jednym akcie. Osoby: J. Gruba Urzędniczka Grubsza Urzędniczka Scena 1 (J. stoi przed drzwiami. Drzwi białe. Na drzwiach napis W POKOJU MOŻE BYĆ TYLKO JEDEN PETENT!) Scena 2 (Za drzwiami) J.: (cicho) Dzień dobry. Gruba Urzędniczka (z wyrzutem): Proszę wchodzić pojedynczo! Scena 3 (Za drzwiami) Grubsza Urzędniczka (nie kryje krańcowego znudzenia): Pani w jakiej sprawie. J.: Chciałabym złożyć wniosek o formularz E-111. Grubsza Urzędniczka (wzdycha): Kim Pani jest. J.: Bezrobotną bez prawa do zasiłku. Grubsza Urzędniczka (z rozpaczą w głosie): Proszę wypełnić formularz. Scena 4 (za drzwiami) (Grubsza Urzędniczka palcem wskazującym stuka leniwie w klawiaturę; słychać stukot (po 10 minutach) Grubsza Urzędniczka: (drżącą ręką podaje J. wydruk): Proszę podpisać czytelnie. Scena 5 (za drzwiami) J.: Proszę mi jeszcze wyjaśnić, dlaczego, skoro zgodnie z przepisami formularz E-111 jest ważny przez miesiąc, z tego tutaj egzemplarza wynika, że jest ważny przez 12 dni? Wyjeżdżam dopiero dwudziestego drugiego sierpnia, a on wygasa już czwartego września? (na stronie: no mów, ty gruba dziwko!) Grubsza Urzędniczka (spogląda w stronę sufitu): Obojętnie, kiedy pani wyjeżdża, formularz E-111 ma ważność trzydziestu jeden dni od daty wystawienia zaświadczenia przez urząd pracy, że (na stronie: że jesteś cholernym pasożytem) jest pani bezrobotną osobą (z emfazą) bez prawa do zasiłku, który konieczny jest do wystawienia formularza E-111. Toteż wszystko się zgadza. Zaświadczenie jest z ubiegłego piątku, już może pani śmiało rozchorować się po europejsku! J.: ??? Gruba Urzędniczka: (z przebiegłym błyskiem w oku): Albo w przeddzień wyjazdu pójdzie pani po kwit do urzędu pracy z datą późniejszą, a wtedy my pani wystawimy nowy formularz E-111, ważny również przez trzydzieści jeden dni od daty zaświadczenia. (z naciskiem) Tak właśnie proszę zrobić. J. To ja już dziękuję.* ---the end---
wtorek, 09 sierpnia 2005
Sto rzeczy...
... których
być absolutnie nie powinno, ponieważ niżej podpisanemu jestestwu makabrycznie
utrudniają życie; ułożone zgodnie z ruchem wskazówek zegara. (Księga Pierwsza) |
Archiwum
Zakładki:
|